Czołgi na Marymoncie

WŁADYSŁAW STEFANOFF
WSPOMNIENIA Z POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

[w:] Powstanie Warszawskie i medycyna.Wspomnienia lekarzy, medyków i sanitariuszek z Powstania Warszawskiego. Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego. Suplement do tomu 139 nr 7/2003. Wydanie II poszerzone, t. 2, s.277-279


W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego zawiadomiono nas, że mamy udać się na Marymont. Mieliśmy wziąć udział w ataku na Instytut Wychowania Fizycznego na Bielanach. Instytut obsadzony był przez niemiecką jednostkę pancerną. [...]

Kiedy o oznaczonej godzinie jechali­śmy tramwajem, usłyszeliśmy strzelaninę. Trzeba było wysiąść wcześniej, na Żolibo­rzu; droga zatarasowana była przez nie­mieckie czołgi - „Tygrysy".
Po krótkiej naradzie przyłączyliśmy się do grupy AK, zajętej w tym czasie kopaniem rowu przecinającego jakąś boczną ulicę.
- Niezbyt dobrze to wszystko wygląda - powiedziałem do kolegów. Lubię walkę o równych szansach, a my jesteśmy bezbronni, właściwie z gołymi rękami.
- Kiepska sprawa - zauważył Bogusławski. - Mierzi mnie ta strze­lanina. Przyznam wam się, że jeszcze nigdy w życiu nie strzelałem.
- Nie szkodzi. Za to do ciebie będą strzelać, bo my nie mamy z cze­go.
- A czy to przynajmniej wybuchnie? - mamrotał pod nosem Faryna, obracając w rękach granat domowego wyrobu.
- Niedługo będziemy mieli okazję dowiedzieć się. Patrzcie, coś nadjeżdża.
Rów był już przekopany. W naszą stronę zbliżała się niemiecka cię­żarówka. Schowaliśmy się za dom. Ciężarówka zatrzymała się. Rzu­ciłem granat. Filipinka narobiła dużo huku, ale Niemcom nic się nie stało. Wystraszeni wyskoczyli z samochodu, repetowali karabiny. Jakiś kolejarz uzbrojony w maleńki rewolwer pobiegł w ich stronę i wystrze­lił pięć razy. Ręka mu się trzęsła, nie trafił. Żołnierze bez oddania jedne­go strzału wycofali się w kierunku Szwedzkich Piasków.
W rękach została nam pierwsza zdobycz, samochód. W samocho­dzie cytryny, cukierki i granaty. Uczciwe granaty. I komplet narzędzi do małej chirurgii. Narzędzia wziąłem dla siebie, a granaty rozdałem. Po dwa dla każdego. Byliśmy trochę dumni z pierwszej zdobyczy.
Tymczasem Niemcy opanowali główne ulice Żoliborza. Grupy źle uzbrojonych powstańców nie były w stanie walczyć skutecznie z wro­giem.

Dowódca Żoliborza - pułkownik Żywiciel (Mieczysław Niedzielski) - zarządził w nocy przemarsz oddziałów AK do Puszczy Kampinoskiej.
Nasza trójka schroniła się na noc do jakiegoś sierocińca czy klasztoru. Nad ranem zobaczyliśmy milczące sylwetki około pięciuset powstańców wycofujących się powoli z miasta. Dołączyliśmy do nich i po paru godzi­nach dobrnęliśmy do lasu.
Kiedy tak wędrowaliśmy w głąb puszczy, z zainteresowaniem przy­glądałem się naszemu uzbrojeniu. Największy podziw budził ciężki ka­rabin maszynowy. Widziałem około stu pistoletów maszynowych typu sten, kilkadziesiąt rewolwerów i dość dużo granatów - filipinek. Było to uzbrojenie godne pożałowania. Jedna drużyna żołnierzy wehrmachtu mogła stawić nam skuteczny opór.
W miejscowości Laski zobaczyłem po raz pierwszy partyzantów z lasu. Przywieźli rannych do szpitala. Mieli doskonałą postawę bojową i dobre uzbrojenie. Ubrani byli w mundury polskich żołnierzy. [...]

Wróciłem do stodoły, w której spędziłem ostatnią noc razem z gromadką młodych ludzi.

Dowiedziałem się od nich, że moja grupa z Marymontu została rozgromiona przez czołgi. Za późno dowiedzieli się o wymarszu, było już widno, kiedy szli polami. Czołgiści niemieccy urządzili sobie zabawę: strzelali mało, gonili powstańców i wgniatali ich ciała w rozmiękłą ziemię. Niemcy lubili takie zabawy. Kiedy gąsienica czołgu dosięgała chłopca, rozlegał się przeraźliwy krzyk; trzasku łamanych kości nie słyszało się, warkot motoru zagłuszał wszystko oprócz krzyku. Za czołgiem zostawała krwawa masa, wgnieciona w miękką ziemię.