Pierwsze dni powstania

Maciej Bernhardt

PIERWSZE DWA DNI POWSTANIA.
KTOKOLWIEK BY WIEDZIAŁ

Polityka nr 31(1422) z 4.08.1984 r., s. 14

Od blisko 40 lat usiłuję - wraz z nielicznymi, którym udało się ujść cało z opisanej tu ma­sakry, a następnie jeszcze przeżyć Powstanie - dojść prawdy o tragedii jaka rozegrała się o świ­cie 2 sierpnia 1944 r. pod Boernerowem, a także ustalić liczbę poległych i ich dane personalne. Dotychczas ustalono 45 nazwisk oraz 10 pseudo­nimów. Jest to w sumie — moim zdaniem — mniej niż połowa poległych.

Poszukiwania tego rodzaju stwarzają wiele oczywistych trudności. W danym przypadku trud­ności te są tym większe, że ludzie ci zginęli do­słownie po 10... 11 godzinach Powstania. Ze względów konspiracyjnych przed Powstaniem znali najczęściej zaledwie kilku najbliższych kole­gów. Ewidencja naszej kompanii na pewno nie objęła tych, którzy dołączyli po rozpoczęciu walk i podczas marszu do Puszczy. Jeżeli nawet taka ewidencja (częściowa) istniała, to zginęła wraz z dowódcami. Tak np. z mego plutonu nr 237 zginął zarówno jego dowódca „Dunin", jak i za­stępca dowódcy „Bohdan".
Podczas pierwszej ekshumacji w 1945 roku PCK zebrał i zabezpieczył przedmioty znale­zione przy zabitych, które ewentualnie mogły ułatwić ich identyfikację. Miałem możność przej­rzenia ich. Niestety, wszystkie przedmioty nie odebrane przez najbliższą rodzinę zostały w la­tach 50-ych zniszczone przez „Komisję Likwida­cyjną".
Jednak nawet po 40 latach udaje się nam wciąż jeszcze uzupełniać pewne szczegóły, jeżeli więc ktoś z Czytelników wie coś o opasanych tu sprawach, nawet gdyby były to informacje po­zornie zupełnie nieistotne, to gorąco apeluję o przekazanie ich pod adresem Redakcji lub Śro­dowiska Żołnierzy AK „Żywiciel" (Warszawa, ul. Promyka 10). [...]

[...] Wieczorem ulokowano naszą kom­panię w piwnicach jakiegoś domu na Marymoncie. Byliśmy bardzo zmę­czeni, głodni i kompletnie zaskoczeni rozwojem sytuacji. Ktoś przyniósł wiadomość, że podobno mamy iść do Kampinosu po zrzuty broni. Tym­czasem zaczął padać rzęsisty deszcz. Jeżeli naprawdę mamy przebijać się do Kampinosu, to okazja idealna: deszcz skutecznie głuszy kroki, wi­dzialność kiepska, o celnym ogniu nie ma mowy.
Około pierwszej w nocy wreszcie wyruszyliśmy całą naszą kompanią (plutony 237, 239 i 212).
Byliśmy w świetnych nastrojach. Wcześniejsze przygnębienie minęło, wreszcie widać było zorganizowaną akcję, szliśmy ubezpieczonym mar­szem po broń do Kampinosu.
Wśród maszerujących zaczęły się rozmowy, niekiedy zbyt głośne, ktoś się zaśmiał, ktoś przewrócił, brzęcząc oporządzeniem. Ppor. „Dunin” skarcił nas półgłosem, mnie i trzem bliżej mi nie znanym kolegom z plu­tonu zlecił zaczekać na straż tylną i zluzować ją. Kazał nam iść za od­działem w odległości nie mniejszej niż 250 metrów.

WZIĘCI W DWA OGNIE

Ruszyliśmy do przodu, gdy ostatni koledzy z oddziału przeskakiwali szosę (czy raczej drogę, bo była bru­kowana kocimi łbami) łączącą Boernerowo z Wawrzyszewem. Za szosą było duże pole częściowo zastawione świeżo zżętym zbożem. Po lewej stronie rozpoznałem lasek boernerowski, daleko po prawej widać było zarysy jednego ze starych fortów ro­syjskich otaczających Warszawę. Znałem ten teren dość dobrze z za­jęć terenowych podchorążówki.
Gdy dochodziliśmy do szosy, którą oddział już przeskoczył, zauważyli­śmy, że dotychczasowy marsz zamie­nił się w bieg. Zaczynało szarzeć, dojrzeliśmy jakiś ruch na skraju la­sku boernerowskiego, za chwilę odezwał się z niego jeden karabin maszynowy, zaraz po nim drugi i trzeci. Z fortu po prawej stronie ode­zwało się po chwili działko ppanc. Oddział został wzięty w dwa ognie, większość chłopców nie była jeszcze ostrzelana, nie mieli doświadczenia bojowego, zalegli i powoli czołgali się do przodu. Nas Niemcy jeszcze nie dostrzegli, przeskoczyliśmy szo­sę, wpadliśmy pomiędzy kopki zbo­ża. Niemcy położyli gęstą zaporę ogniową od lewej strony (z lasku), gęstniał też ogień z fortu (od przodu z prawej strony). Ogień z broni ma­szynowej był dokładnie widoczny, co 4 lub co 5 nabój był smugowy lub świetlny. Jednocześnie robiło się z minuty na minutę coraz widniej, po krótkiej chwili — przynajmniej tak mi się to wydało — było już zu­pełnie jasno.
Sytuacja stawała się beznadziejna. Niemcy zajęci ostrzałem oddziału zauważyli nas dopiero po dobrej chwili. Pozwoliło to nam na wyjście poza linię kopek zboża na kilkadzie­siąt metrów. Czołgając się natknąłem się na rannego ppor. „Dunina". Otrzymał postrzał w brzuch. Był jeszcze zupełnie przytomny. Po­dał mi swoje nazwisko i prosił o zawiadomienie rodziny. Mówił z wyraźnym trudem:— „Starża" (do­wódca II kompanii) wyszedł za późno, uprzedzałem. Nie przejdziecie, spróbujcie się cofnąć." Jeszcze coś niewyraźnie usiłował powiedzieć i nagle zamilkł. Rozejrzałem się do­okoła, przede mną w odległości oko­ło dwudziestu metrów widać było leżących powstańców, nie poruszali, chyba nie żyli. Nieco dalej zo­baczyłem ciemnożółtą zamszową wiatrówkę Zbyszka Przestępskiego. Tak mi się przynajmniej zdawało. Niemcy musieli zobaczyć, że podnio­słem głowę i tuż obok mnie prze­leciały dwie serie. (Po wojnie, gdy przyjechałem w to samo miejsce z ojcem Andrzeja Krupińskiego i matką Zbyszka Przestępskiego oka­zało się, że wówczas się nie myliłem. Na terenie pola, które opisuję, było wiele grobów. Tych co zginęli, po­chowano w miejscu, gdzie padli. Udało mi się dość dokładnie ustalić punkt, w którym znajdowałem się 2 sierpnia rano. Wskazałem najbliż­szy grób mniej więcej w tym miej­scu gdzie wydawało mi się, że widzę wiatrówkę Zbyszka. Zaczęto kopać — była zamszowa wiatrówka przeszyta kilkoma pociskami).
Przywarłem do ziemi, po chwili ogień ustał. Częściowo zasłaniało mnie od strony lasku ciało ppor. „Dunina". Spojrzałem do tyłu, nie wi­działem żadnego z moich kolegów na straży tylnej. Zawołałem półgłosem, następnie głośniej — Niemcy nie mogli słyszeć — bez efektu. Bałem się ruszyć, bo byli już bardzo dobrze wstrzelani 1 na pewno obserwowali pole.
Od strony Boernerowa usłyszałem warkot zapalanego silnika czołgowe­go. Po chwili wyjechał na pole "Tygrys". Dowódca siedział w otwartej wieżyczce. Jeździł zakosami po polu. Przypuszczam, że dobijał rannych. Gdzieś niedaleko mnie — wydawało mi się, że z jednej z kopek zboża — padł pojedynczy strzał karabinowy. Czołg na chwilę stanął, z trzaskiem zamknęła się klapa. Nie wiem kto strzelił i czy trafił Niemca.

W chwilę później na szosę Boernerowo—Wawrzyszew wyjechał osobowy samochód tereno­wy z 4 Niemcami. Był tak blisko mnie, że mogłem rozróżnić markę. Pojedynczy strzał karabinowy gdzieś w pobliżu mnie, kilka krótkich serii z pistoletu maszynowego i odjechał w stronę Boernerowa.
Zrobiło się cicho, gdzieś w po­bliżu śpiewały skowronki. Był pięk­ny, gorący dzień. Spojrzałem na ze­garek. Ze zdumieniem stwierdziłem, że minęła dopiero 6 rano. Byłem pe­wien, że jest już po południu. Zacząłem się powoli i ostrożnie wycofywać do najbliższych kopek zbo­ża. Wydawało mi się, że trwa to wieczność i że muszę być doskonale widoczny. Czołgałem się dosłownie przywarty do ziemi i bardzo wolno. Gdy dotarłem wreszcie do pierw­szych kopek zboża, byłem tak zmę­czony, że wydawało mi się, że nigdy nie będę w stanie ruszyć się dalej.
Nie umiem określić jak długo od­poczywałem. Wydaje mi się, że bardzo długo. Pamiętam, że potwornie chciało mi się pić.
Zdecydowałem się czołgać pomiędzy kopkami w kierunku wsi Wawrzyszew. Nie wiedziałem czy i w Wawrzyszewie są Niemcy, nie wiedziałem czy obserwują jeszcze szosę. Wziąłem z najbliższej kopki jeden snopek, podniosłem na ramię tak aby zasłaniał moją bluzę PW (reszta ubrania była „cywilna") i spokojnym krokiem przeszedłem przez szosę i wszedłem w najbliższe podwórze.
Z małego murowanego domku wyjrzała kobieta w średnim wieku. Kiwnęła na mnie ręką. Usłyszałem — "We wsi nie ma Niemców, niech pan siada i coś zje". Zacząłem jeść i po chwili usnąłem. Ostatniej nocy nie zmrużyłem nawet oka, a poprzedniej też raczej spaliśmy nie wiele. Obudziło mnie szarpanie za rękaw. Gospodyni budziła mnie gwałtownie: — "Niech, pan ucieka, Niemcy chodzą po wsi, chyba kogoś szukają". Ukroiła grubą pajdę chleba, wepchnęła mi do chlebaka i dosłownie wyciągnęła (wciąż jeszcze wpół spałem) na podwórze. Gdzieś z daleka słychać było niewyraźne krzyki. Ocknąłem się natychmiast i pomaszerowałem w kierunku Bielan. Wiedziałem już wtedy, że oddział nasz musiał ponieść ogromne straty, łudziłem się jednak jeszcze, że może wielu udało się wydostać spod ognia.
Dotarłem na ulicę Kleczewską, gdzie w jednej z wilii „urzędowała” drużyna "Boya" z plutonu 237, mego plutonu! Żadnego z powstańców drużyny nie znałem uprzednio. Moja opowieść o przebiegu naszego marszu i masakrze pod Boernerowem została przyjęta z wielkim niedowierzaniem.

ILU ZGINĘŁO?

Dalsze nasze losy są znane, były już opisywane. Trzy dni pobytu na Kleczewskiej, udana akcja na Zdobyczy Robotniczej, nieprawdopodobna wręcz rewizja w małej willi przeprowadzana przez oddział podczas której nie znaleziono naszego oddziału liczącego w sumie chyba 11 lub 12 osób. (Siedzieliśmy w schowku na strychu. Gospodyni zatarasowała wejście do schowka sprzętem przeciwpożarowym, a podłogę strychu wysypała — zgodnie z przepisami niemieckimi — świeżym piaskiem. Na szczęście Niemcy przyszli bez psów). Wymarsz i przejście bez żadnych przygód do Puszczy. Kampinoskiej i to prowadząc jeszcze złapanego w międzyczasie szpicla niemieckiego.
W Puszczy moje najczarniejsze obawy potwierdziły się: nie spotkałem nikogo z mojej sekcji i zaledwie kilkunastu ludzi z całej kompanii.
Por. „Starża", od którego usiłowałem uzyskać informacje na temat oddziału profilaktycznie obrugał mnie za szerzenie defetyzmu i stwierdził, że nieobecni, a przynajmniej ich większość musieli dołączyć do innych oddziałów, albo przedostać się do Warszawy. Nie miałem już wtedy wątpliwości, że była to nieprawda, a zarazem rozpaczliwa obrona „Starży", który zmarnował prawie całą swą kompanię. Okazało się później, że szliśmy najgorszą z możliwych dróg, że wywiad AK od dłuższego już czasu przekazał informacje, że w Boernerowie stoi część dywizji pancernej SS Hermann Goering wycofanej z frontu wschodniego.
Według moich obliczeń zginęło wówczas ponad sto osób. Mam przed oczyma długi rząd maszerujących przez Zdobycz Robotniczą kolegów. Były tam trzy plutony (bez drużyny "Boya"), według przedwojennej organizacji, a także pewna liczba ochot­ników oraz ludzi przygarniętych, którzy nie dotarli do swych oddzia­łów. W sumie około 160 - 180 ludzi. W Kampinosie doliczyłem się około 20. Na pewno byli i tacy, którzy zgu­bili się w lesie i dołączyli do innych oddziałów, ale z przeprowadzonego przeze mnie dochodzenia wynika, że mogły to być tylko jednostki.
(Po wielu latach, jako oficer WP brałem udział w ćwiczeniach, w pewnej chwili zauważyłem, że teren jest zbliżony do tego, jaki zapamiętałem ze Zdobyczy Robotniczej. Okazało się, że odtworzenie zapamiętanej sytuacji nie jest takie proste. Rząd 180 ludzi wydał mi się znacznie dłuższy od zapamiętanej, ale przy setce był zdecydowanie krótszy.)
Nie wiem ilu naprawdę zginęło moich kolegów i towarzyszy broni o świcie 2 sierpnia pod Boernerowem. Wiem tylko, że zginęli tam moi najbliżsi koledzy i przyjaciele wśród wielu innych. Ich udział w Powstaniu był tak krótki, że nie pamiętają ich nawet koledzy z tego samego zgrupowania, z tych samych plutonów. Napisałem to wszystko, aby ich przypomnieć; nie wolno zapomnieć o żadnym z nich.

Doc. dr inż. MACIEJ BERNHARDT
jest pracownikiem naukowym
w Instytucie Pojazdów Politechniki Warszawskiej